Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowianie. Pokaż wszystkie posty

Podłaźniczka jako symbol utraconych Drzew Edenu

 Chrześcijaństwo i wierzenia ludowe przenikały się na ziemiach słowiańskich tak długo, że dziś stanowią nierozerwalny monolit. Święta solarne, księżycowe i "zabobon" wytłumaczono biblijnie i dziś już trudno te dwie rzeczy oddzielić. Na ogół przeważa pogląd, że chrześcijańskie zwyczaje nie były w stanie przebić się przez silną wiarę ludu w jedynego głównego boga słowiańskiego zwanego Rodem lub Rokiem i tylko dopisano do tych wierzeń bardzo ubogi zakres wierzeń ludów semickich, który i tak dotarł do nas już po wielu zmianach i adaptacjach. To znaczy już wtedy miał bagaż świąt rzymskich poprzerabianych na chrześcijańskie. Potem jeszcze zaczęto mylić w XX wieku słowiańskie jednobóstwo z germańskim wielobóstwem zapożyczonym z północy i już mamy totalny mętlik.

Ale zadziwia jednak słowiańska stylistyka sięgająca czasów przedwiecznych. Czyli stworzenia świata i utracenia Raju opowiedzianego w inny sposób. Jeśli na Ziemi wydarzył się straszliwy kataklizm i wiele grup ludzi zostało odciętych od siebie nawzajem na bardzo długo, to być może tę samą opowieść widzimy w różnych odsłonach. 

Nadchodzą Święta tak samo ważne dla Chrześcijan jak i dla Nie-Chrześcijan. Jest w tym jakaś ironia losu, że tak modny dziś ateizm i negowanie świata duchowego nie jest w stanie nawet dziś zabronić ludziom gromadzenia się w najkrótsze dni w roku i świętowania nadejścia nowego słońca, przybywania dnia... muszą ludzi potwornie oszukiwać, zastraszać, a i tak wszyscy już myślą, jak zadość tradycji uczynić, tak jak to zrobiono w Zaduszki i tak jak wiosną, korzystaliśmy ze słońca na łonie przyrody - matki naszej. 


 Do czego zmierzam. Otóż przeszukując sieć pod hasłami odnoszącymi się do drzewka wieszanego u powały natrafiłam na ciekawy artykuł, który wspomina o Drzewach Edenu. Od razu mi się skojarzył z Niebocentryzmem, tak bardzo bliskim nurtem widzenia świata przez Słowian ale i Katolików i jakoś intuicyjnie wiążącym przekazy ludowe. 

"Rajskie drzewko wieszane u powały w wiejskiej chałupie, w świętym kącie, tam, gdzie obrazki i gromnica, symbolizowało drzewo z ogrodów Edenu" Gazeta Senior

 Jak wyglądały drzewa Edenu i co słowiańskie drzewko miało z nimi wspólnego? Tajemnica. Możemy się tylko skupić na jego kształcie. Ale jak wyglądała oryginalna podłaźniczka, zwana też żyrandolem lub na Kurpiach kierecem, a potocznie również pająkiem? Czy może to było kilka ozdób wieszanych niezależnie? 

Podłaźniczka rzeczywiście była drzewkiem, ale zaplatanym z gałązek, a nie po prostu choinką wieszaną do góry nogami. Okrągła, jakby torus, czasem pusta w środku. Wydaje mi się, że to z niej wyrosła bardziej skomplikowana forma okrągła z wstążkami rozwieszanymi dookoła izby.

Wreszcie mniejsza forma łącząca dwie poprzednie czyli coś na kształt rzeczywistego żyrandola z pańskich pałaców. Tyle że panowie mieli kryształowe.

No i chyba najbardziej popularne słomiane wielościany.

To wszystko powtarzało kształt koła, rozszerzający się jak palmy. Ludzie powtarzali kształt nie znając oryginału, bo w końcu ci, co je pamiętali, dawno nie żyli? Przy okazji badania Miast Gwiazd spotkałam się z opinią, jakoby Twierdze budowano na ruinach Drzew Edenu i że Raj nie był w jakimś bliżej nieokreślonym Niebie, ale fizycznie tu, na miejscu. Jednak został zniszczony i na jego zgliszczach wyrosła Cywilizacja Niegodna, Upadła, Zbuntowana (to ostatnie to wersja Niebocentryków, choć oni jeszcze dorzucają opcję Ziemi zewnętrznej, do której sięgały korzenie Drzew Edenu). Jeśli cokolwiek z przeszłości i prawdy przetrwało, to tylko przedmioty fizyczne. Reszta na pewno jest poprzerabiana i przeinaczona opisowo. Tak że na historyków nie możemy tu liczyć, bo nie wiedząc, czego mają szukać - nie znajdą. 

Podobno ruiny Drzew Edenu nadal są, patrzymy na ich skamieniałe resztki. Czy były żywe, czy były tylko biotechnologicznymi filarami oddzielającymi dwa światy... gdy się zawaliły, zniknął Raj, świat został pozbawiony fizycznego kontaktu ze Stwórcą i pozostało tylko wymyślić jak sobie poradzić inaczej... czcząc tylko stare czasy w dawnej formie? Żyjąc nadzieją, że drzewa ożyją, gdy skończy się czas? Mówią, że żyjemy w czasach ostatecznych, kiedy proroctwa się wypełnią. Ostatnie dni próby, ognia, śmierci i miliardów zwiedzonych przez zło, które nie chce odejść, choć wie, że to jego ostatnie chwile. Pożyjemy, zobaczymy, jak to się w naszych stronach mawia. 


 Ciekawe, że widok Tabernakulum tak bardzo przypomina Podłaźniczkę widzianą z dołu... a może Podłaźniczka to nie drzewo, ale sam Stwórca, na którego nasi przodkowie patrzyli codziennie wychodząc z domu? Tylko coś się stało i znikł, został zasłonięty, odleciał... a może nadal jest, tylko zaślepieni nie możemy go dojrzeć patrząc w Niebo... czy doczekamy powrotu Nieba? Oby, oby i niech to będzie moje życzenie na nadchodzący Rok. Byśmy w zdrowiu i spokoju doczekali Lepszych Czasów.

Grodziska wczesnośredniowieczne czy ochrona przed powodzią?

Temat grodzisk jest bliski memu sercu, odwiedziłam ich wiele i setki znam ze zdjęć satelitarnych, lidaru i opracowań archeologicznych. To bardzo ciekawe przykłady dość prymitywnej architektury ziemnej, która jest zadziwiająco odporna na upływ czasu. Po wielu kamiennych zamkach zatarł się ślad, popadły w ruinę wraz z fundamentami (Średniowiecze), a grodziska przetrwały tysiąc lat z hakiem albo i dłużej. Oficjalnie.


Od lat się zastanawiam, jak to się stało, że one nadal są, że jest ich tak wiele, setki, tysiące i każdego roku odkrywane są nowe, choć bardziej płaskie i często widoczne dopiero na zdjęciach lotniczych. Dlaczego jedne grodziszcza przetrwały, są wysokie, mają nawet ponad dziesięć metrów wysokości, a inne ledwo pół metra?

Dlaczego jedne są tylko górką, a inne są płaskie i otoczone wysokim wałem? Albo kilkoma wałami? Dlaczego są pojedyncze lub podwójne? Historia tłumaczy je rozbudową, ale na wielu jasno widać, że niczego nie rozbudowywano, że od razu wał powstał na planie dwóch podobnej wielkości kół. A czasem jest to elipsa. A może mylimy różne obiekty?


Jest taka strona Atlas Grodzisk w Polsce, zawiera ona co ważniejsze obiekty, może jedną czwartą tego, co znajdujemy w terenie. Nie ma na niej wielu grodzisk z mojej okolicy. Mapa nie zawiera grodzisk z Warmii i Mazur. Zweryfikowane i ponoć przebadane, ale czy na pewno?

Kiedy czytam wyniki badan archeologicznych grodzisk, najczęściej natrafiam na śladowe ilości palenia ognisk, jakieś drewno, diabli wiedzą w jakim wieku, równie dobrze dzieci mogły sobie piec tam ziemniaki w XVII wieku. Archeolodzy najczęściej poprzestają na badaniach powierzchniowych i pojedynczych wykopach, by nie niszczyć struktury fizycznej obiektu, zrozumiałe. Co się znajduje w takim grodzisku? Najczęściej śmieci. Jakieś stare skorupy potłuczonych naczyń, popsute ozdoby, kawałki matowego szkła, monety, kości zwierząt. Konstrukcje wysokich budynków praktycznie nigdy.

Co ciekawe wiele z tych obiektów w ogóle nigdy nie pojawia się w zapiskach kronikarzy, a jeśli już to pod postacią szwedzkich gór czy obozów, a zatem związanych z zupełnie inną epoką historyczną. Rzeczywiście mogły być używane w kolejnych wojnach, pytanie tylko po ciężki amonit, jeśli są daleko poza miastami i nie bardzo wiadomo, do czego służyły Szwedom. Bo raczej nie do ataku, a do obrony w momencie tamtejszej technologii wojskowej tym bardziej. Przecież tam nie ma wody, źródeł. Nie ma skąd wziąć jedzenia. Taka górka otoczona wałem to idealna pułapka na wroga, a nie obrona. Wtedy już budowano bastiony i je niszczono kulami armatnimi, a szwedzkie wojska miały się chronić na grodziskach?

Czy tylko ja widzę nonsens tych opisów?


Otwarte pytanie do czytelników, a co jeśli było zupełnie inaczej. A co jeśli grodziska nigdy nie miały funkcji obronno-wojennej, ale obronno przeciwpowodziową?
Gdzie na ogół znajdują się grodziska? Rzadko tuż nad rzekami, ale w ich dolinach - to znaczy budowane były na terenach zalewowych niedużych rzek. Okresowo ich okolica stała w wodzie, bo przecież dowody na powodzie są w terenie widoczne na każdym zdjęciu satelitarnym i na lidarze. Więc jakim cudem te powodzie nie rozmyły górek z piasku i gliny przez ponad tysiąc lat? Wierzycie w to? No jakoś mi tak trudno, przecież powódź to ogromny żywioł, górka piachu to nic dla rwącej rzeki o średnicy kilkudziesięciu metrów. Zatem musiały do ochrony starczać na krotko i być co roku odbudowywane, przynajmniej do czasów, gdy klimat się ocieplił i duże powodzie się skończyły.


No dobrze, kiedy były ostatnie ogromne powodzie w Polsce? W XIX wieku moi państwo. Po osiem metrów i wyżej. W całym kraju. Bałtyk okresowo zamarzał i wówczas duże rzeki zaliczały tak zwaną cofkę, czyli cała woda z Wisły i Odry płynęła w przeciwnym kierunku wpływając również do koryt mniejszych rzek. Wszystko stało w wodzie po kominy. Gdzie uciekali ludzie? Na "szwedzkie górki", jedyne miejsce kilka metrów powyżej poziomu wody. A jeśli to nie były żadne grodziska tylko górki śmieciowe, które raz, dwa razy w roku były tylko tymczasowym schronem? A nie przykładem lechickiej państwowości?

Dopóki grodzisk było znalezionych mało, można było udawać, że mieszkali w nich pradawni wojowie Piasta Kołodzieja. No owszem, może czasami mieszkali. Ale jednocześnie znajdowano wiele osad poza grodziskami, zupełnie nieotoczonych wałami, czyli opłacało się budować je poza tymi górkami. Zatem przez dłuższy czas powodzi nie było wcale wzdłuż małych rzek, podobnie jak i dzisiaj. Co się stało z klimatem?


Dziwi też kolejna rzecz. Obecnie grodziska masowo porastają drzewami i jeśli są łyse, bez krzaków i drzew to tylko dlatego, że gmina dba o ich wycinanie. Jakim cudem nie było na nich ani jednego drzewa na zdjęciach z początku XX wieku? W ogóle w Polsce było wtedy podejrzanie mało drzew, jak na niewielką liczbę ludności. Grodzisk nie da się uprawiać, przynajmniej większość z nich nie nadaje się na wykorzystanie do tego celu (choć te większe i bardziej płaskie owszem, ale nawet tam na wałach rośnie gęsty lasek). Wszelkie zdjęcia lotnicze z przeszłości pokazują łyse góry. Totalnie, bez krzaków nawet. To jest dziwne.


Jest jeszcze inna hipoteza. Wokół grodzisk jest wiele mikrojeziorek, niby polodowcowych, które jednak widoczne są nie tylko na terenie lodowca, ale i na pustyni w Teksasie w Ameryce Północnej. Nikt nie lubi o nich mówić, bo co jak co, ale lodowca w Teksasie nie było. ;) Spiskowe teorie z Rosji mówią, że to nie są jeziorka polodowcowe ale ślady ataku nuklearnego (albo innej broni lub innego kataklizmu). A co jeśli grodziska to tylko rodzaje wałów po uderzeniu jakiegoś pocisku? Tak silnego, że zrobił się krater i wał? Spróbujcie w mokry piach wrzucić coś długiego i ostrego pionowo z góry, a potem wyjmijcie to coś. Będziecie mieli model grodziska. Może to kiedyś nagram na kanale. Do przemyślenia.


Wiecie co jest na ostatnim zdjęciu? Wygląda jak grodzisko? Wygląda. A to krater po meteorycie z Australii. Prawda, że można się pomylić?

Słowianie, Sławianie czy Hiperborejczycy?

Kiedy czytam różne źródła opisujące dzielność Słowian, udziały w wojnach i podbojach, jakoś mi to nie współgra ze społeczeństwem, które znam i obserwuję od urodzenia. Owszem, odwagi nam nie brak, ale etos zwycięzcy? Wielkie rycerstwo? No burdę Słowianin zrobić umie. Ale od razu wojnę? Na kacu? Eee.

Chyba dlatego mam wrażenie, że wiele z mitów Słowian to mity ogólnoeuropejskie, podrasowane w XIX wieku dla stworzenia społeczeństw narodowych. Każdemu narodowi trochę napisano historii, trochę baśni o wielkich bohaterach i tak już poszło. Żeby prowadzić wojny, trzeba stworzyć i wychować wojsko, a wojsko dobrze karmi się nie kaszą, ale właśnie opowieściami o niezwyciężonych.

Dlaczego jednak do Polaków bardziej pasują mi opowieści o Hiperborejczykach? Z prostej przyczyny. Bo był to lud ogrodniczy, pałający się rolą ale i ziołolecznictwem. Opisywany jako wegetariański, ale chyba hodowali zwierzęta na mleko i przetwory. Czy w micie o spokojnych, miłujących pokój "Heperborejach" nie ma więcej podobieństw do Słowian niż w opowieściach z Perunem w tle? A może to tylko historia i napadnięci Hiperborejczycy zmienili się w Lwy?

Archeologia pokazuje nam wiele rzeczy. Na przykład nasiona w grobach. Z kości można wywnioskować i dietę. Czy Prasłowianie jedli mięso? Prawdopodobnie okazyjnie. Znalezionych kości zwierzęcych było tak mało, że dla danej społeczności starczyłoby na kilka porcji rocznie. Zdecydowanie przeważała dieta bogata w proso i zioła, a nie dziczyzna, której wszak mieli po lasach pod dostatkiem. Ale najwyraźniej jej nie potrzebowali.

Jest taka fajna książeczka na Polonie, "Jarstwo i Wełniarstwo" Konstantego Moes-Oskragiełły z 1888 roku. Był on propagatorem diety wegetariańskiej, powrotu do natury i przy okazji dochody ze sprzedaży wełnianych ubrań (kooperacja). I jemu Hiperboreje bardziej pasowali do Słowian.

I kulturą stworzoną podług cyklu przyrody i wierzeniami związanymi z płodnością ziemi. Jemu też kojarzy się głagolica.
Wydaje się, że mięso było jadane dopiero od nastania Piastów, którzy tak lubili się z Niemcami, że chyba gardzili rodzimym ludem. No i pracą, bo po co pół roku pracować ciężko na roli, jeśli można od razu dziesięć dzików ustrzelić i zjeść. No, na zdrowie im to na pewno nie wyszło, bo marli jak muchy jeden po drugim. Wielu historyków podejrzewa, że im ktoś pomógł. No, czasy były niespokojne, ale zalewając sowicie alkoholem dzikie mięso, nie zawsze pierwszej świeżości, balansowało się na krawędzi.

A co jadł lud? Jest tyle artykułów w sieci, że ciężko mi jest się powtarzać. Podlinkuję je zatem.

Kuchnia jarska i rajska - artykuł na culture.pl O tym, jak w drugiej połowie XIX wieku powstał prężny ruch promujący w Polsce wegetarianizm, nawiązujący do zwyczajów przodków. Oskargiełło promował coś, co dzisiaj nazywamy witarianizmem, czyli spożywanie jak najwięcej posiłków w stanie surowym, takim jak stworzyła je natura. Obecnie ten nurt i w Polsce znajduje swoich propagatorów, takich jak Szaman XXI wieku.

Co jedli Słowianie - przystaneknauka - poleca książkę Małgorzaty Krasnej-Korycińskiej "Słowianie i Wikingowie". Jest tam o podstawie żywieniowej Słowian opartej na kaszach i zbożu. Jednak były to inne gatunki niż obecne. Białko mieli dzięki roślinom strączkowym, tak popularnym bobie czy fasoli. Uprawiano też marchew, ogórki, kapustę, cebulę, koper ogrodowy i rzepę. W sumie kapusta nadal jest popularna na polskim stole. Niewiele się zmieniło. Robiono też sery czyli Słowianie nie byli weganami. Alkohol - tylko miód. :)

Słowiańska dieta - tytus.edu.pl - Przyjemny artykuł pana Sałańskiego z podaniem źródeł i badaniach z Biskupina. "Badania archeologiczne wykazały, że na terenie Biskupina, zamieszkałego przez 800 do 1000 ludzi, znaleziono 2885 fragmentów kości ssaków, z czego kości zwierząt łownych stanowiły 9,6% ogółu. Dalsze obliczenia i szacunki wykazały, że kości te składały się zapewne na kilkaset zwierząt spożytych przez kilkaset osób na przestrzeni ponad stu lat. Ile posiłków mięsnych z tego wychodzi? Najprawdopodobniej jeden rocznie" - nie była to dieta wojowników lechitów. Jest tam za to sporo o kiszonkach, zupach, zalewajkach i piwie. Mięsem tylko uzupełniano roślinną podstawę diety.

Smaki Polski Historycznej: Co jedli Słowianie? - wywiad z Hanną i Pawłem Lisami, autorami książki "Kuchnia Słowian". Jest też o sztućcach i mitycznym widelcu, który był znany tu przed wiekami. A w światłej chrześcijańskiej Europie nie za bardzo. ;)

Dlatego wydaje mi się, że wielu wielbicieli Wielkiej Lechii powinno zrewidować swoje poglądy na dietę, albowiem prawdziwy Słowianin jadł zielono, a nie grillował stare kiełbasy z supermarketu. ;)


Dziesięć upłynionych wiekow dawnej Polski

Umieszczam ciekawą mapę znalezioną niedawno na Polonie. Przedstawia ona władców Polski w ujęciu dynastycznym, choć nie do końca prawdziwe pod koniec (wolna elekcja). Mapa "rzek" historii jest z 1828 roku i użyto w niej słowa Lechia. Po prostu w XIX wieku to była jeszcze normalna, pełnoprawna nazwa Polski wczesnopiastowskiej i nikogo to nie bulwersowało.


 https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjV6Q35d42RQiWqddeoGwZ6DjNLx_j_EPS54BuwgMKkKIJgjqLjOLCF5v_B-NrQofx_-cSibtGr4OiSo8Yf7rJc_dym3pRXTJdPMnV-CnlLTVhwL1T4VCmwyxyytJQ5Z-Z76I0CXdhzlcGF/s3200/

Duch Słowiańszczyzny

Czy można napisać jedną prostą definicję, która w kilku zdaniach podsumuje tysiące lat historii milionów ludzi? Czy jest coś, co ich wyróżnia? Dzieli? Czy da się na pierwszy rzut oka poznać ten specyficzny typ i powiedzieć: Oto Słowianin? Czy tylko nazwiemy tak pewne cechy społeczności rożnych ludzi przez podobieństwo kultury i języka?

Pokrewieństwo

Wydaje mi się, że pod pojęciem Słowiańszczyzny wielu chce widzieć to samo, co Francuz w dawnej Galicji, co Włoch w Cesarstwie Rzymskim, co Grek w starożytnej Grecji. Niezależnie od tego, że wielu Francuzów, Włochów czy  Greków niekoniecznie jest potomkami ludów, które te cywilizacje zakładali. Ze Słowianami jest inaczej o tyle, że około 75% ludności siedzi w tych podmokłych lub piaszczystych ziemiach od wielu tysięcy lat. A jednak odmawia się nam dumy z przeszłości, życia przodków. Ciekawe dlaczego, skoro nie odmawia się tego Grekom, którzy z Akropolem nie mają nic wspólnego, zaludnili przecież opustoszałe ziemie greckie setki lat po rdzennej ludności (Hellenowie).


Stereotyp kontra rzeczywistość

Blond włosy, sumiasty wąs u starszych mężczyzn, gładkie lico u szczerych i wesołych dziewcząt. Znacie to? Ilu znacie w Polsce jasnych blondynów? Bo ja niewielu. Większość Słowian ma brązowe włosy, od jasnych do ciemnych, najrzadziej bywamy rudzi. Ale pewne cechy fizjologiczne twarzy, mimika, coś w oczach... znacie to? Oczy zwierciadłem duszy...

Ilu z nas wie, że Słowianie nie zawsze mieszkali tylko w Europie, że pływali na okrętach i niekoniecznie w dobrych intencjach podbijali cudze ziemie w Afryce? Ilu w późniejszych czasach sprzedano jako niewolników na bliski wschód?  A jeśli ich potomkowie jeszcze tam żyją? Po czym ich poznać?

Zdjęcie.


Niedawno przeglądając w sieci skany starych albumów zwróciłam uwagę na jedno zdjęcie. Zatrzymałam się i patrzyłam długo. Opis obok - Wanda 1920. Polka z krwi i kości. Ale ja ją przecież znam! Znam tę twarz... olśnienie. Ahed Tamimi! Zaraz, ale jak to... Palestynka? Blondynka, błętkitnooka? Przecież w Izraelu mieszkają tylko Żydzi i Arabowie, śniadzi i ciemni. A może nie tylko? Kim są Palestyńczycy i skąd się tam wzięli? Jak to się stało, że dziś są muzułmanami? Czy byli nimi zawsze, czy zmuszono ich do przyjęcia wyznania? Dlaczego dwie dziewczynki pochodzące z tak różnych stron świata wyglądają niemal identycznie? Co je łączy?

Geny, czy coś więcej?

Czym właściwie wsławili się Polacy i ich inni słowiańscy krewni? Moim zdaniem to bojownicy o wolność. Zawsze i wszędzie. Czy młoda Wandzia kilkanaście lat później działała w ruchu oporu? Nie znam jej nazwiska. Ale przecież tak wiele jej koleżanek walczyło. Opatrywało rany żołnierzom czy powstańcom i rzucało kamieniami w niemieckiego okupanta nie mając już broni. Co robi Ahed Tamimi? Robi to samo, rzuca kamieniami w opancerzone wozy okupanta, który wyrzuca ją z jej ojcowizny. Czy ta młoda Palestynka wie, że być może swoje umiłowanie wolności zawdzięcza praojcom z północy? Czy my Słowianie jesteśmy jacyś inni, że nawet nasi dalecy krewni, którzy utracili język, kulturę, którzy są po setkach (a może i tysiącu?) lat już odrębnym narodem - nadal robią to samo co my, gdy ktoś zagrozi mirowi domowego ogniska? Widzę tu odpowiedź, czym jest Duch Słowiańszczyzny, który trwa mimo zmian języka, kultury i religii. Bez względu na wygląd tak naprawdę.

Religia

Dziś Słowianie są w większości chrześcijanami. Głównie katolikami, ale są też duże odłamy prawosławne i wiele pomniejszych. Nie zawsze tak było. Narzucono nam chrześcijaństwo prawdopodobnie w ten sam sposób, w jaki narzucono Palestyńczykom islam. Nie mieli wyjścia, ród ważniejszy. Trzeba trwać i nie ustępować w domaganiu się wolności rozumiejąc, że niesie to za sobą ofiarę. Warto, prawda?

Efi

Co z tą Lechią?



"Świat Ludzi jest konstrukcją języka, utkaną ze słów, postrzegamy świat przez język, stojąc nad brzegiem rzeki nie widzimy jej źródeł czy ujścia, by je ujrzeć trzeba długich podróży, ale wiemy z książek czy opowieści, że Wisła ma źródła w Beskidzie, a ujście w Bałtyku, na ogół nie sprawdzamy tego. Podobnie jest z historią i nazwani ludów czy narodów." via Okiem Vrana

Ostatnio więcej czytam i myślę niż piszę. Pozwoliłam jednak sobie zacytować pewnego blogera, który w interesujący sposób w kilku zdaniach podsumował to, co się dzieje w naszym kraju od wielu lat. Pogrubiłam najważniejszy fragment. Nie mamy czasu sprawdzać, co z tego co słyszymy od historyków, archeologów, naukowców, dziennikarzy - ma jakiekolwiek ugruntowanie w źródłach. Niestety tak też jest z historią naszego kraju. Jednym z większych odkryć mojego życia było to, że fraza "historia Polski" jest w rzeczy samej tylko interpretacją historii naszego regionu, do tego mocno naciąganą, manipulującą, a momentami wręcz otwarcie kłamliwą. Mawia się, że historię piszą zwycięzcy, ale ja tu nie widzę ani historii ani zwycięzców. Więc kto u diabła nam pisze podręczniki? Wolę nie odpowiadać na to pytanie.

W to miejsce sięgam do źródeł. Lepszych, gorszych. Istotą jest to, że istniejących fizycznie. Wolę odnosić się do tego, co jest, niż do czyichś wyobrażeń na temat tego, co było w przeszłości. Obecny świat medialny działa na przekonaniach, wyobrażeniach i poglądach niemal całkowicie pomijając stan faktyczny. Mniej więcej tak też działa polskie społeczeństwo. Niby jest, ale począwszy je rozbierać na czynniki pierwsze otrzymujemy coś zupełnie nieopisanego. A opisywanego wszem i wobec. Tylko że w mediach jest zupełnie inny obraz Polaków niż w rzeczywistości. Dwa inne światy. Zapisuje się różne rzeczy, których nie widzę wyglądając przez okno. Nawet coś takiego jak temperatura czy poziom zapylenia ulega manipulacjom, bo zmienia się metody pomiaru, a porównuje dane z różnych lat. Jeśli ktoś za dwieście lat spróbuje opisać początek XXI wieku na ich podstawie, opisze zupełnie inny świat, niż który oglądamy. Coś takiego zdarzyło się z przedchrześcijańską Europą. Opisał ją ktoś, kto albo jej nie widział, albo widział niewielki fragment, sto razy się pomylił, drugie sto przekręcił. Nic dziwnego, że tak niewiele wiemy. Ale wiemy, że COŚ było, a to już dużo.

Język jest siłą narodu, niesie w sobie przekaz kultury i pojęć. Niektóre języki nie posiadają pewnych słów, bo nie znają tych pojęć ani rzeczy. Jeśli w danym języku istnieje pewne słowo, to przedmiot, pojęcie, wrażenie, czynność lub cecha istniały w danej kulturze. Kultury agrarne mają bogate słownictwo związane z uprawą roli i hodowlą zwierząt. Kultury przemysłowe mają wiele określeń narzędzi, części maszyn, produktów fabrycznych. Kultury filozoficzne mają słownictwo poetyckie i alegoryczne. Dlatego chcąc zrozumieć nasze korzenie, musimy przyjrzeć się naszemu językowi.


Co oznacza słowo Lach? Lach w starosłowiańskim oznaczał człowieka. Każdy lud i kultura ma w swoim języku to słowo i w każdej kulturze brzmi ono inaczej. Ale jest podstawą, filarem. Kim jestem? Człowiekiem. Zatem Lechia czy też Lachia była miejscem dla ludzi, bez konotacji pokrewieństwa, bowiem wszyscy pierwsi ludzie byli braćmi. Jeśli spojrzymy na Lechię nie jako odrębny naród w rozumieniu współczesnym, ale na zorganizowaną grupę ludzi, cywilizację - nie będziemy się musieli kłócić, czy Lachowie byli bardziej spokrewnieni z tym narodem czy z tamtym. To nie ma znaczenia! Natomiast ma znaczenie prawda i dążenie do uporządkowania zapisów z przeszłości, jakie by one nie były.

Czytam sobie ostatnio książkę Karola Potkańskiego pt. "Lachowie i Lechici" z 1897 roku. To jeden z dowodów na to, że frazy Lechia nie wymyślono niedawno, że ona była żywa jeszcze za zaborów i wiele wcześniej. Prócz Sarmacji, Białej Chorwacji, Scytii, Hiperborei i wielu innych. Osobiście do terenu obecnej Polski bardziej pasuje mi Hiperborea a nie Lechia. Ale to tylko nazwa, a chodzi o pojęcie. Jak byśmy tej cywilizacji nie nazwali ważniejsze jest to, że w ogóle zaistniała potrzeba nazwania. A skoro coś nazywamy - to znaczy, że istnieje fizycznie lub w naszej wyobraźni.

Interpretacja. Uwielbiamy dopisywać do przeszłości nieistniejące rozdziały. Legendy o smokach, wielkich bohaterów, sprawiedliwych królów. Kiedy jednak zaczynamy przyglądać się bliżej, kości smoków okazują się kośćmi mamutów, bohaterowie okazują się zdrajcami, a królowie egoistami. Dlatego archeologia tak często rozmija się z historią, bo odkrywa rzeczy, o których historycy nie chcą pisać. Kiedy czytam dzieła z półki historycznej, zawsze biorę na to poprawkę. Czytam wersję historyczną, która chce zachować tylko dobrą pamięć o przodkach. Taka jest nasza ludzka natura. Chcemy być potomkami lepszych ludzi, pół-Bogów a nie prymitywów.

A jednak w Polsce jest inaczej. Oficjalna polska interpretacja historyczna pozytywnie opisuje wyłącznie władców chrześcijańskich. Dlaczego tej samej historycznej miary nie przykłada do wcześniejszych? To nadal nasza historia, a pisana w jakże innym stylu. Albo się tę historię pomija (tak najłatwiej), albo w miejsce faktów opisywanych przez kronikarzy wstawia legendy. W efekcie uczymy się o jakimś Piaście Kołodzieju i królewnie Wandzie zamiast o tym, skąd się w ogóle Piastowie znaleźli w Wielkopolsce i jak doszli do władzy (nie, nie tak jak w legendzie o Popielu, która swojego rodowodu nawet nie ma w Polsce, a mysia wieża - pierwowzór legendy, znajduje się w Niemczech). Im dalej w przeszłość, tym więcej bzdur o rzekomych ziemiankach, ofiarach z ludzi i innych rzeczach, na które nie ma pół dowodu archeologicznego. Każdy, kto próbuje dogrzebać się prawdy, nazywany jest Turbolechitą. Tylko że to pomału przestaje działać, a może nawet zachęca do interesowania się przeszłością jeszcze bardziej.

Nie trzeba badać tylko historii państw, można poznać historię swojej rodziny. Kto ją napisze, jeśli nie my?

Wystarczy rozpocząć badania genealogiczne. Poznaje się nitkę łączącą nas z przeszłością, aż dochodzi się do momentu, gdy brakuje metryk. Pozostają badania genetyczne. Wtedy odkrywa się, że prócz opisu archeologicznego i historycznego jest jeszcze ten trzeci, najbardziej odporny na manipulację. Twarde dane, kto był naszym przodkiem w linii męskiej, żeńskiej, geny autosomalne. Możemy porównywać geny dużych grup ludzkich i na ich podstawie śledzić prawdziwe biologiczne migracje. Nie zgadza się z wersją historyków i archeologów? Boli? No tak. Boli tak jak dziecko, które odkrywa, że zostało adoptowane. Zmiana myślenia o przeszłości nie musi być przyjemna. Ale zyskujemy połączenie z rodem, odnajdujemy nasze korzenie i siłę płynącą z nich. To ważne. Ważniejsze niż słowa.


http://rudaweb.pl/index.php/2018/09/10/genetyka-o-europejczykach-wedlug-adriana-leszczynskiego/
Genetyka opisuje, jak łączyły się pewne grupy etniczne, jak wymierały, jak tworzyły w połączeniu z innymi nowe grupy. Zaczynamy rozumieć, dlaczego dany władca działał na szkodę swojego kraju walcząc o władzę ze swoim kuzynem. Dlaczego ważna jest narodowość matki i w ogóle rodzina króla ileś pokoleń wstecz. Lepiej rozumiemy powstanie Rosji dzięki DNA Rurykowiczów. Ale też przy okazji obalamy teorię pochodzenia Słowian z bagien Prypeci. No cóż, nie pierwsza to obalona teoria, nie ostatnia. Kiedy odkryto zjawisko promieniotwórczości, też przez pierwsze lata wyśmiewano naukowców. A teraz mamy elektrownie jądrowe. Każda zmiana optyki potrzebuje czasu na przyswojenie przez społeczeństwo. Historia Lechii w ujęciu genetycznym sięga naprawdę dawnych czasów i każe archeologom kopać głębiej niż zwykle. Wobec czego znajdują setki osad w Małopolsce czy na północnym Mazowszu. Ich tu miało nie być! A są. Może pora je porządnie opisać, zamiast zamykać oczy przy każdym odkryciu?




Wierzę, że świat historyków i archeologów wreszcie uzna prawdziwą przeszłość, tak jak naukowcy w XIX wieku wreszcie uwierzyli w istnienie promieniotwórczości odrzucając teorię eteru. Może nie dziś, może nie jutro, ale z pewnością w niedalekiej przyszłości. :)

Utracony kolor słowiańszczyzny

Interesuję się etnografią od dzieciństwa i choć moja wiedza na ten temat jest mocno ograniczona i zaledwie hobbystyczna, to jednak widzę duży rozdźwięk między tym, co nazywane jest folklorem przed media, a tym co było opisywane przez badaczy. Są pewne punkty zbieżne, ale jest ich niewiele.


Naszą wiedzę odnośnie strojów ludowych zdominowała sztuczna cepeliada stworzona na potrzeby propagandowe w latach powojennych. Rzeczywistość jest jednak nieco inna i warto sięgać do starszych źródeł. Czytając Biblię Polskiej Etnografii czyli wielotomową pracę Oskara Kolberga, często natrafiam na opisy ubioru ludu Polski wielu regionów. Mazowsza, okolic Krakowa, Kujaw, okolic Poznania. Uderzająca jest w nich powtarzalność wielu elementów męskiego ubioru. Zmieniają się detale, nakrycia głowy, ale kolorystyka jest zdominowana przez trzy barwy. Biel, czerwień oraz... błękit.


Konia z rzędem temu, kto na dożynkach znajdzie mężczyznę w granatowym lub błękitnym ubraniu. Dominuje czerń, rzadziej brąz lub zieleń. Błękit? Prawie się nie pojawia. Dlaczego, skoro wszelkie opisy jeszcze z XIX wieku opisują stroje męskie jako granatowe z czerwoną lub pąsową podszewką? Chyba tylko strój kujawski w popkulturze zachował dominantę granatu. A przecież przeważał on również w ubiorze kobiecym jeśli chodzi o gorset. Dziś znowu - najczęściej gorset kobiecy jest czarny.


Wydaje się jednak, że osoby zawodowo zajmujące się odtwarzaniem strojów historycznych czytają stare podania, bo jednak u nich częściej widuje się granatowe lub błękitne stroje, ale z kolei zapomina się o popularnym czerwonym pasie.


Całe szczęście, że w opracowaniach Kolberga pojawiają się ryciny. Można sobie zweryfikować, jak wiele błękitu utraciliśmy w strojach polskich, gdzie czerń nie pojawiała się poza nakryciem głowy lub obuwiem.


Zacznijmy od tego, dlaczego uczepiłam się tych trzech kolorów? Flagi. Większość państw słowiańskich ma flagę trójbarwną. Rosja, Słowacja, Czechy, Serbia, Chorwacja, Słowenia. Bułgaria przez chwilę też miała kolor niebieski, zmieniono jej na zielony w XIX wieku. Kojarzone jest to z ideą panslawizmu, ale czy nie jest prawdą, że wszystkie te kraje wraz z Polską wywodzą się z tego samego prastarego ludu? Trzy barwy symbolizują idee wolnościowe i równościowe (brak kasty wyższej, która żyje z nękania biedoty traktowanej jak niewolnicy). Nieprzypadkowo wyżej wspomnianych trzech barw użyła Rewolucja Francuska. Nie trzeba wobec tego tłumaczyć, dlaczego czapka rewolucjonistów (ta sama, na której wzorował się twórca Smerfów) to żywcem wzięta czapka scytyjska. Znając wkład Scytów w etnogenezę Słowian, to jak dwa dodać dwa.


Skąd francuscy rewolucjoniści czerpali wzorce wolności, jeśli nie z ostatniej wolnej krainy na świecie, Rzeczpospolitej? Owszem, była ona już na skraju upadku z wielu powodów, ale idea wyszła stąd. Zawsze powtarzam, że nie ma co winić sąsiadów za upadek starego kraju. Utrata niepodległości była karą za odejście od idei wolnościowych i przyjęcie feudalizmu wraz z przywiązaniem do ziemi rolników oraz poddaństwem ówczesnemu Watykanowi i jego niesprawiedliwym zasadom. Dopóki byliśmy jedynie bogobojnymi chrześcijanami, hołdując jednak prawom naturalnym naszych przodków, byliśmy silni. Upadliśmy, gdy szlachta zaczęła zadzierać nosa i zaprzestała chronić kmieci tworząc z nich kastę podludzi, którzy karmili kastę pasibrzuchów.




Pamiętajmy o trzecim kolorze, błękicie. Wolność, równość, braterstwo. Tylko to czyni społeczeństwa i narody silnymi. Nie zaś kłótnie i podziały.

Listopadowy kalendarz

Często natrafiam w sieci na różne święta słowiańskie rozpisane w kalendarzu, jednak zazwyczaj  w oderwaniu od chrześcijaństwa, a wręcz w opozycji do niego. To wielki błąd rozpatrywać obrzędowość świąt polskich oddzielnie. Wiele znamy z obrzędów Rusi, ale mniej z Polski. Dlaczego? Bowiem z racji wcześniejszego przejścia na chrześcijaństwo, wiele wieków dłużej obie religie, rodzima i watykańska, żyły ze sobą na jednej ziemi i przenikały się. Walka oczywiście była, ale chrześcijaństwo sromotnie ją przegrało. Musiało w pokorze schylić głowę i przejąć wszystkie słowiańskie obrzędy oraz daty świąt. Jednak wzbogaciło dawną religię o nowe elementy i nie należy o tym zapominać. Sporo można o tym poczytać u Oskara Kolberga, mistrza pióra wśród etnografów schyłku XIX wieku. Opisywał on stroje, obrzędy, święta ludowe, katolickie wszakże... ale czy do końca?


Postanowiłam zrobić małą kolekcję i rozpiskę na listopad, niebawem zrobię i na kolejne miesiące. Trochę od środka roku, trudno. Przez ponad sto lat zapomnieliśmy o części z nich, albo obchodzimy je inaczej lub tylko lokalnie. Andrzejki pamiętam jeszcze z dzieciństwa, święto marcińskie kojarzy mi się z rogalami a nie wróżbami, w Warszawie nie obchodziło się go, a przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo. Może w niektórych rodzinach. O świętej Katarzynie dowiedziałam się dopiero z opracowania Kolberga (jako niekatoliczka nie jestem biegła w mniej ważnych świętach kościelnych).

Zatem od początku.

1 listopada


Wszystkich Świętych obecnie wbrew kościołowi nazywane powszechnie Świętem Zmarłych. W XIX wieku jeszcze kościół górował, dziś już nikt poza najbardziej religijnymi nie nazywa tego inaczej. Palimy ognie na grobach bliskich, chociaż nie zostawiamy już na nich strawy, jak to kiedyś bywało.Onegdaj ze świętem związane były przysłowia związane z pogodą, czyli wróżebne:


Ciekawostka, Hindusi w podobnym terminie (ruchome święto związane z cyklem faz księżyca) obchodzą święto Divali, które wygląda bardzo podobnie. W tym roku zaczyna się ono 7 listopada i trwa pięć dni. Jednak nie ma ono nic wspólnego z duszami zmarłych, prędzej ze zwycięstwem dobra nad złem (trochę przypomina naszą Gwiazdkę).

 

2 listopada


Zaduszki, czyli prawdziwe święto zmarłych wg KK. W praktyce oba listopadowe święta zlały się w jedno. Obrzędowo opisywane w "Dziadach", ale pamiętajmy, że Mickiewicz nie opisywał obrzędów polskich, ale miejscowe białoruskie, sobie współczesne, z terenów poza granicami obecnej Polski. Jednak i u nas musiało być coś podobnego. Spójrzmy, co pisze Kolberg.





Widzimy tu pełną symbiozę kultu przodków akceptowaną już przez kościół. Dopóki lud nie czci bałwanów, starych bogów, może robić to samo od setek lat. Spotykać się z rodziną, spożywać wspólnie posiłki, wierzyć w zjawy i duchy. Grunt by lud płacił 3 centy za wypominki i nikt mu nie zakaże robić w wolnym czasie, co mu się żywnie podoba, z wróżbami na czele. A tak narzekamy na chciwość naszych chrześcijańskich kapłanów. A może to dzięki niej jeszcze mówimy po polsku i nie zatraciliśmy prastarych obrzędów? Warto dodać, że kiedyś groby przodków odwiedzano nie tylko w listopadzie, ale w każde główne święto solarne, czyli związane z równonocą i przesileniami.

11 listopada


Święty Marcin. Z racji obecnego święta związanego z niepodległością Polski (ciekawe, czy specjalnie ustanowiono je tego dnia, bo przecież z prawdziwą niepodległością kalendarzowo było nieco inaczej) straciło na znaczeniu. W XIX wieku było jeszcze żywe i ważne. I było związane z gęsiną, bo jej kości służyły do wróżenia. :)


Dlaczego głupia gęś?

25 listopada


Święta Katarzyna. Ot niewinne święto z wróżbami. Tym razem związane ze snami. Ważne przede wszystkim dla mężczyzn.

30 listopada


Andrzejki. Kiedyś hucznie obchodzone z racji popularności imienia. Dziś Andrzejów mniej, zwyczaj imienin też jakoś podupadł, Andrzejki przechwyciło Halloween. Ale kto nam zabroni przelewać wosk przez klucz? Wróżbę wyciągania imion kawalerów pamiętam z dzieciństwa. Zabawy z butami już nie. Kluski... hm, ciasteczka z wróżbą? Było coś takiego. Przebieraliśmy się w ten czas za czarownice, czarne koty i podobne rzeczy. W dawnych czasach tak jak Katarzyna była przeznaczona na wróżby męskie, Andrzej był od wróżenie młodym dziewczynom. Do zapamiętania. Kolejne dawne święto, które dostało w pakiecie kilka katolickich elementów i nie straciło na tym.




Koniec listopada to początek adwentu i stosownego postu. Dlatego bawiono się przed Andrzejkami, ale z czasem kościół zaczął dawać dyspensę na zabawę andrzejkową i temu zapewne należy tłumaczyć zapomnienie Katarzyny.

I cóż to za tajne spotkania prządek? ;) 

Cytaty z dwóch prac Oskara Kolberga tj.:

1) "Mazowsze, obraz etnograficzny. Tom I" Kraków 1885
2) "Lud. Część Pierwsza. Krakowskie" Kraków 1871